[{"fileName":"car-white.png","zIndex":"auto"},{"fileName":"t5_other_5.png","zIndex":"5"},{"fileName":"t5_other_6.png","zIndex":"9"},{"fileName":"t5_other_9.png","zIndex":"11"},{"fileName":"t5_other_2.png","zIndex":"7"},{"fileName":"t5_body_2.png","zIndex":"2"},{"fileName":"t5_body_6.png","zIndex":"3"},{"fileName":"t5_mask_1.png","zIndex":"2"}]

Karolina

No cóż, w takim razie i nomen omen – „jedźmy” z tematem. Jest taka piosenka, w której śpiewa się o żonie jako o: „chodzącej aferze”. Pozwolę sobie nie przytaczać reszty treści, bo obciach. Tak czy siak, mój małżonek, słuchając prezentowanego mu, wspomnianego „kawałka”, uśmiechnął się i znacząco na mnie zerknął. No i dobrze, niech mu będzie – jestem chodzącą aferą. Próbowałam się zmienić, NIE DA SIĘ. Pozostaje mi się cieszyć, że jeszcze mnie nie zostawił (nie, żebym mu nie wynagradzała moich nerwów – jeśli wiecie, co mam na myśli ???? ). Ale co to ma wspólnego z samochodem? Otóż ma. Samochód musi mnie relaksować – gdybym weszła taka wkurzona, a nawigacja powiedziałaby: „skręć SPOKOJNIE w lewo”, to dostałabym szału. Zatem idealne auto musi wyczuwać nastrój kierowcy. Mierzyć ciśnienie, poziom czerwoności na twarzy, ilość głębokich oddechów, pracę serca czy co tam woli. I jeśli w tym momencie, w momencie wielkiej wściekłości cokolwiek miałoby się zepsuć, to STOP! Auto wchodzi na tryb awaryjny. Coś w stylu agregata samochodu. Prowadzi to to auto, dopóki ciśnienie u kierowcy nie spadnie i na wieść o zepsutym czujniku nie wpadnie w kolejny szał oraz nie złamie sobie nadgarstków, uderzając wściekle w kierownicę. Oczywiście byłaby tu też funkcja usuwania wszelkich „spokojnie” z tekstów nawigacji. Samochodowy agregat mógłby działać także bardziej klasycznie – na przykład by umożliwić mi dojazd do mechanika ????. No dobrze, skoro już nakreśliłam ten jakże pozytywny wizerunek samej siebie, przejdźmy dalej. Druga cecha mojego wymarzonego samochodu to śmiesznie niskie spalanie. Nie, żebym narzekała (oczywiście zaraz to zrobię, ale „nie, żebym narzekała” to taki fajny, usprawiedliwiający tekst ????), ale zarobki w tym kraju to śmiech na sali. Jestem dobrze wykształcona, pracuję po 8 godzin od poniedziałku do piątku plus 2 weekendy w miesiącu, nie jeżdżę na wakacje na Fidżi i nie ubieram się u Prady (chyba, że w lumpeksie dorwę), a uwierzcie – przed wizytą na stacji benzynowej płaczę jak dziecko. To po prostu nie fair, te ceny. Zatem wymarzony samochód = śmiesznie niskie spalanie. Trzecią cechą auta ze snów jest absolutnie innowacyjny system antykradzieżowy. Mam swój patent, jesteście ciekawi? ???? Otóż takie auto (podatne na kradzieże z racji bycia fantastycznym – no i to spalanie???? ), w chwili, gdy złodziej pominąłby kompilację gestów, o których musi pamiętać właściciel (np. klaśnięcie razy trzy plus zaśpiewanie dwa razy: „sto lat”), zacząłby… płakać. Widzę to tak. Ciemna noc. Samochód pod blokiem, złodziej zaczyna się dobierać i wtedy auto zaczyna swoje mega głośne żale: „Ojeeeej! Dlaczego chcesz mnie ukraść! Chcę do swojej mamusi, buuuuuuu! Mamo, ten pan chce mnie zabrać, ratunku!”. Jest magia! Złodziej panikuje, płacz budzi sąsiadów, zapalają się wszystkie światła w oknach. Wtedy schodzę ja, klepię autko po masce (gdzie jest czytnik linii papilarnych – wyłącznik alarmu), mówię: „Już, ciiiii. Śpijkaj.” Tadam! No i czwarta cecha. Masaż (znowu wyjdę na tą, co potrzebuje relaksu, ale niech tam). W samochodzie moich marzeń, w fotelu kierowcy, byłyby chowane dwie dłonie – z jakiegoś elastycznego materiału. Gdybym tylko miała ochotę albo poczułabym, że drętwieją mi plecy, zjechałabym na parking, włączyła tę funkcję i dłonie wynurzałyby się z fotela, osiadając na moich ramionach. Co absolutnie najistotniejsze, mój wymarzony samochód nie kończyłby masażu po trzech minutach, cmokając mnie w plecy (nie, no skąd, to żadna aluzja w stronę mego męża, ABSOLUTNIE). Masowałby mnie tyle, ile tylko bym sobie zażyczyła. O możliwości zmiany trybu masażu chyba nie muszę wspominać? ???? I nie, nie zapomniałam o prędkości. Auto moich marzeń może jechać maksymalnie 70 kilometrów na godzinę. Więcej i tak nie jeżdżę, ponieważ dopasowuję prędkość do warunków panujących na trasie oraz zwracam uwagę na zakazy, nieobce mi jest także pojęcie ograniczonego zaufania do innych kierowców. Albo po prostu, jak twierdzi mój kochany mąż, za kierownicą jestem pierdołą :P. Dziękuję za uwagę!